Menu
e-Sklep poleca
|
|
01-12-2009 Inspektorzy drogowi kontra prywatny przewoźnik |
|
|
|
Początek historii sięga 14 maja tego roku. Tego dnia na krajowej
"siódemce" kontrolerzy Świętokrzyskiej Wojewódzkiej Inspekcji
Transportu Drogowego zatrzymali tira. Sprawdzono go na parking w
Miąsowej. - Kierowca opowiadał, że czuł się jak na przesłuchaniu.
Inspektorzy byli niegrzeczni, nie pozwolili mu wyjść za potrzebą czy
odebrać telefonu od żony. A na koniec dostał do podpisu protokół z
kontroli, którego nawet nie mógł przeczytać - opowiada Adam Garbat,
właściciel firmy transportowej, do której należała ciężarówka. Kierowca
odpowiada teraz przed sądem jako osoba fizyczna za złamanie przepisów.
Zarzuca się mu przekroczenie czasu pracy. - Niesłusznie, bo moim
zdaniem inspektorzy źle odczytali zapis z tachografu - twierdzi
przewoźnik.
21 maja przedsiębiorca dostał z ITD informację, że
wszczęto przeciwko niemu postępowanie administracyjne. W ciągu siedmiu
dni miał doręczyć brakującą dokumentację, w przeciwnym wypadku na
podstawie posiadanych dokumentów inspektorzy wydadzą decyzję w sprawie
przekroczenia czasu pracy przez kierowcę. - Poszedłem następnego dnia.
Miałem dokumenty, ale chciałem też zobaczyć zatrzymane wykresy z
tachografu lub dostać ich kserokopie. Wówczas usłyszałem, że niczego
już nie muszę składać, bo decyzja jest gotowa - podkreśla Garbat.
Dokument z 25 maja informuje, że na przedsiębiorcę nałożono 5,4 tys. zł
kary. I ma ona tzw. tryb natychmiastowej wykonalności, czyli musi
zostać zapłacona w 21 dni. - Skandal, decyzję wydano, zanim jeszcze
upłynął czas dany mi przez ITD. Mogłem tam w ogóle nie chodzić, bo i
tak to nic nie dało - oburza się Garbat. - Może rzeczywiście inspektor
popełnił niewielki błąd. Choć z drugiej strony, jeśli przedsiębiorca
był w inspektoracie i mógł odnieść się do sprawy, to trudno się dziwić,
że nie czekano siedmiu dni. Po co przeciągać procedury - odpowiada
Władysław Mitręga, świętokrzyski wojewódzki inspektor transportu
drogowego.
Garbat dodaje, że bardzo szybko rozpoczęto procedurę
egzekucji kary. Zaskarżył ją więc do Głównego Inspektora Transportu
Drogowego. Ten wstrzymał egzekucję kary, w całości uchylił zaskarżoną
decyzję i przekazał ją do ponownego rozpatrzenia przez ŚWITD. W
dokumentach nie znaleziono bowiem tzw. zwrotki informującej, kiedy
przedsiębiorca dostał zawiadomienie o wszczęciu procedury. "W ocenie
organu odwoławczego niewykluczone jest, że w sprawie doszło do
naruszenia przepisów postępowania, które mogło mieć wpływ na wynik
postępowania" - czytamy w uzasadnieniu decyzji GITD.
Przewoźnik
nie zgodził się z decyzją przekazania sprawy do ponownego rozpatrzenia
i złożył skargę do wojewódzkiego sądu administracyjnego. - Uważam, że w
drugiej instancji powinna być ona ostatecznie uchylona - mówi.
Świętokrzyski ITD rozpatrzył sprawę ponownie i zdania nie zmienił: 5,4
tys. zł kary. - Nie poczekano nawet na wynik postępowania sądowego -
żali się przedsiębiorca.
- Wojewódzki inspektor postąpił
prawidłowo. Przewoźnik mógł złożyć skargę do sądu, ale to nie
wstrzymuje ponownego rozpatrzenia sprawy przez pierwszą instancję -
informuje Alvin Gajadhur, rzecznik prasowy GITD. Dodaje, że przewoźnik
po raz kolejny może się odwołać do GITD i prosić o wstrzymanie rygoru
natychmiastowej wykonalności kary. - A jeśli ją zapłaci, to w
zależności od decyzji sądu może liczyć na jej zwrot - zapewnia.
- To paranoja, niepotrzebne mnożenie papierów. W takich warunkach nie
mogę normalnie kierować firmą - mówi Garbat. Na razie powiadomił
prokuraturę, twierdząc, że urzędnicy ze świętokrzyskiej ITD
przekroczyli swoje uprawnienia. - A na dodatek, ponownie rozpatrując
sprawę, wojewódzki inspektor zaznaczył, że do 15 listopada mogę
zapoznać się z dokumentami. I wydał decyzję już 13 listopada - opowiada
przewoźnik.
- Postępujemy zgodnie z prawem - odpowiada Mitręga.
Gazeta Wyborcza Kielce
|
|
|